Przejdź do treści

Traktat o higienie. Gdy sensoryka płata figle.

Uwielbiam się myć. Uwielbiam wodę jak spływa mi po skórze, delikatnie przedziera się pomiędzy puchem włosów, rozdziela się na mini-rzeki, a potem łączy w strumienie wartkie. Uwielbiam otwierać usta i wpuszczać strumień z prysznica do siebie, żeby za chwilę wypluć go parskając wesoło. Pompuję z radością mydło, które wybierałam w drogerii, 20 minut kucając przy półce i namiętnie odkręcając nakrętki, żeby przypadkiem nie trafić źle z zapachem, jeśli akurat nie ma mojego ulubionego produktu.

Pieniąca się piana na włosach przysłania mi uszy i zanurzam się w ciszę pianowego świata. Mam chwilę dla siebie i swoich myśli, które w końcu na chwilę usypiają w tych brakach dźwięków.

W zimie dogrzewam ciało ciepłymi strumieniami, a latem schładzam rozpaloną skórę w uldze chociaż chwilowej, ale jakże cudownej.

Kiedy kładę się w wannie, wszystkie mięśnie zaczynają od wewnętrznego „awwww…”, a potem mruczą jak koty i rozciągają brzuszki do drapania. Czekam, aż skóra pomarszczy się tak śmiesznie na stopach, żeby usatysfakcjonowana wyjść z tej przytulnej, mokrej kołyski.

Uwielbiam być czysta. Zapach skóry po wytarciu się ręcznikiem. Podziwiam strukturę porów, które stają na baczność po zetknięciu się z szorstkością świeżo wypranego ręcznika. Co to taki miękki jest, a równocześnie twardy. Niby się ślizga po ciele, ale pobudza kopalnie podskórne do produkcji dopiero co zmytej, lipidowej warstwy.

Stopy zanurzam w dywaniku kąpielowym, który wybierałam krótko, bo zaczarował mnie jego skład: bawełna: 80%, elastan: 20%.

Zawiązuję turban na głowie, okręcam się szlafrokiem w kormorany i siadam zadowolona z życia na chwilę na fotelu i czekam, aż mi się zachce wrócić do świata.

Tak, są dni, kiedy to nie sprawia mi żadnego kłopotu. A potem bywają dni, kiedy sama myśl o dotknięciu wody napełnia mnie lękiem. Boję się, że krople będą za zimne, za ciepłe, za mokre, za szybkie, za wolne… Że wanna będzie za twarda, że prysznic jest brudny i mogłam go jednak wczoraj wytrzeć. Że ta kapiąca kropla z boku, którą słyszę, wpadnie mi do ucha i mózg mi wtedy eksploduje.

I skóra krzyczy od jakiegokolwiek dotyku, dźwięk piłowanych paznokci wwierca się w głowę jak pieśń kościelna, włosy zostają w odpływie i zakładają koła gospodyń.

Ale nie lubię być brudna i pokonuję te wszystkie lęki irracjonalne, ale w środku siebie wyję i czekam na te dni, kiedy łazienka jawi się rajem. I te dni przychodzą niezmiennie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *